Rozmowy o wnętrzach zbyt często zatrzymują się na poziomie estetyki. Tymczasem Katarzyna Olszewska, założycielka pracowni Mija Design, pokazuje, że design może być czymś więcej: narzędziem do wyrażania siebie, budowania relacji i eksplorowania zmysłowości. W rozmowie z nią odkrywamy, jak wygląda projektowanie intymnych wnętrz, skąd bierze się odwaga twórcza i co oznacza prawdziwa autentyczność w zawodzie architekta.
Kasiu, Twoje projekty to połączenie odwagi, pasji i artystycznej precyzji. Projektujesz nie tylko luksusowe apartamenty, ale też bardzo intymne i tematyczne wnętrza. Zanim przejdziemy do szczegółów – jak opisałabyś swój styl w jednym zdaniu?
W jednym zdaniu będzie mi niezwykle trudno opisać mój styl, ale postaram się odpowiedzieć zwięźle.
Kocham projektować nieruchomości, które coś czują – które mają charakter, atmosferę, a nie tylko wygląd. Mój styl to świadome balansowanie między dobrym designem a emocją, która ściśle wiąże się z ludzkimi zmysłami. Nie boję się kontrastów, mocnych akcentów czy nietypowych rozwiązań – ale zawsze muszą mieć sens, spójność i głębię.
Wnętrza to dla mnie nie tylko mury – to opowieść o kliencie, o jego świecie, ale też o mojej wrażliwości i podejściu do projektowania.
Skąd wzięła się Twoja pasja do projektowania wnętrz? Co było tym pierwszym impulsem – sztuka, przestrzeń, człowiek?
Pasja do projektowania tliła się we mnie już w podstawówce – na lekcjach plastyki czytałam o stylach architektonicznych, a na historii poznawałam starożytną kulturę i monumentalne rzeźby bogów egipskich, które do dziś wywołują we mnie emocje.
Myślę, że wszystko zaczęło się od wrażliwości na otoczenie. Jako dziecko zwracałam uwagę na światło, faktury, zapachy, kolory i proporcje – układałam wszystko kolorystycznie, choć nikt mnie tego nie uczył. To były detale, które wpływały na mój nastrój – nie wiedziałam wtedy, że są fundamentem projektowania.
Później doszła fascynacja modą, malarstwem (dużo malowałam i rysowałam), architekturą – one nauczyły mnie patrzeć na przestrzeń jak na kompozycję. Ale najważniejszy jest dla mnie człowiek – jego emocje, potrzeby i rytuały. To dla niego tworzymy. Dlatego mogę śmiało powiedzieć, że pasja do projektowania wynika z połączenia sztuki, przestrzeni i użytkownika. Dopiero razem mają sens.
Dla kogo tworzysz? Jakie cechy mają Twoi idealni klienci?
Tworzę dla ludzi, którzy chcą czegoś więcej niż „ładne wnętrze”. Moi klienci są świadomi, odważni i wiedzą, że powierzając mi projekt – nie zawiodą się. Cenią jakość i emocje, rozumiejąc, że przestrzeń wpływa na samopoczucie i życie.
Idealny klient to osoba, która rozumie, że projektowanie to proces, a dobra komunikacja daje fantastyczne efekty. Uwielbiam pracować z osobami, które nie boją się eksperymentować i mają w sobie jakąś pasję. Wtedy wiem, że stworzymy wyjątkową przestrzeń.
Jak łączysz potrzeby inwestorów z własną, bardzo charakterystyczną wizją estetyki? Czy zdarzają się konflikty, a może przyciągasz tych, którzy już znają i cenią Twój styl?
Dziś przyciągam osoby, które znają mój styl i nie próbują narzucać mi swojej wizji. Oddają projekt z pełnym zaufaniem, mając świadomość, że stworzę dla nich magiczną przestrzeń – uwzględniając nie tylko potrzeby funkcjonalne, ale i emocjonalne.
Twoje projekty są wyraziste i bardzo charakterne. Jak osiągasz ten balans między awangardą a ponadczasowością?
To jeden z moich ulubionych momentów w procesie twórczym. Uwielbiam ryzyko, eksperyment i element zaskoczenia – coś, co nada wnętrzu pazur. Ale zależy mi też, by przestrzeń nie zestarzała się po roku czy dwóch.
Kluczowa jest dla mnie świadomość proporcji. Awangarda nie musi krzyczeć – może być subtelnym akcentem, który przełamuje przewidywalność. Często zestawiam ze sobą materiały totalnie sprzeczne, ale osadzam je w klasycznej scenerii. Efekt? Nowa jakość. Dbam, by projekt był osadzony w osobowości klienta, a nie w sezonowym trendzie. Ponadczasowość to nie neutralność, lecz prawda i dobra kompozycja.
Jesteś jedną z nielicznych projektantek w Polsce, które zajmują się aranżacją przestrzeni erotycznych, takich jak apartamenty BDSM czy pokoje inspirowane „Pięćdziesięcioma twarzami Greya”. Pamiętasz swojego pierwszego klienta w tej niszy? Jak wyglądały początki?
Tak, pamiętam doskonale – do dziś współpracujemy przy innych projektach. Bez wahania mogę powiedzieć, że było to zlecenie, które na zawsze zmieniło moje podejście do życia i projektowania.
Klient był bardzo świadomy i wymagający. Szukał projektanta przez osiem miesięcy, aż w końcu trafił na mój profil na Facebooku. Stwierdził, że jestem idealną osobą do stworzenia przestrzeni wpisującej się w jego potrzeby – nie tylko estetyczne, ale też emocjonalne. Na początku wszystko odbywało się bardzo ostrożnie – wiele rozmów, dużo pytań, brak gotowych wzorców, bo takich wnętrz w Polsce można było wtedy policzyć na palcach jednej ręki. Musiałam stworzyć coś od zera: przestrzeń sensualną, funkcjonalną, estetyczną i bezpieczną. Żadnego banału, żadnego kiczu – wszystko na wysokim poziomie.
Ten projekt uświadomił mi, że wnętrza erotyczne mogą być piękne, przemyślane i pełne niuansów. A jedynym ograniczeniem w ich tworzeniu bywa budżet. Od tamtej pory wiem, że projektowanie takich przestrzeni to sztuka subtelnej komunikacji między formą, funkcją a ludzką fantazją i zmysłami.
Co było dla Ciebie największym wyzwaniem – mentalnie i zawodowo – kiedy zdecydowałaś się wejść w tę odważną specjalizację?
Największym wyzwaniem nie byli inwestorzy, ale środowisko. Projektanci i architekci często mówią o „indywidualnym podejściu” i „odwadze” w projektowaniu, ale kiedy pojawia się temat przestrzeni erotycznych – zapada cisza.
Musiałam zbudować w sobie zgodę na to, że idę swoją drogą – bez względu na opinie. To była droga pod prąd, ale w zgodzie z moją estetyką i wartościami. Wiedziałam, że jeśli chcę projektować takie wnętrza z klasą, bez banału i bez skrępowania, to muszę najpierw sama bardzo głęboko zrozumieć temat – nie tylko wizualnie, ale emocjonalnie i kulturowo.
Po trzech latach wiem, że to była dobra decyzja. Ta specjalizacja dała mi przestrzeń twórczą, jakiej wcześniej mi brakowało. Nikt wcześniej nie chciał mieć fresków z Kaplicy Sykstyńskiej Michała Anioła – a tutaj wreszcie mogłam je wykorzystać 🙂
Jak wygląda proces tworzenia takich wnętrz? Na co zwracasz szczególną uwagę? Czy są jakieś „niewidzialne zasady”, których nie znają projektanci klasycznych apartamentów?
O procesie mogłabym opowiedzieć w osobnym wywiadzie, ale jedną z kluczowych kwestii jest odpowiednie wygłuszenie lokalu. Nie chcemy, żeby sąsiedzi odczuwali jakikolwiek dyskomfort – dlatego tworzymy hermetyczną „puszkę”, z której dźwięki nie mogą się wydostać. Szukamy więc materiałów, które maksymalnie tłumią hałas, a jednocześnie nie zabierają zbyt dużo przestrzeni – każdy centymetr ma znaczenie.
Czy inwestorzy w tej branży mają specyficzne potrzeby związane np. z dyskrecją, materiałami czy technologią? Jak budujesz zaufanie?
Zdecydowanie tak – i zaufanie to absolutna podstawa. Inwestorzy oczekują nie tylko poufności, ale też zrozumienia ich indywidualnych potrzeb, które często wykraczają poza standardowe ramy projektowe.
Buduję zaufanie poprzez jakość – zarówno estetyczną, jak i relacyjną. Słucham uważnie, nie oceniam, tylko proponuję. To projektowanie bez masek, ale z pełnym szacunkiem dla granic drugiej osoby.
Materiały i technologie również są specyficzne. Liczy się trwałość, bezpieczeństwo, ale też sensualność – to, jak materiał reaguje na dotyk, światło, dźwięk. Często używamy rozwiązań, które nie występują w klasycznych wnętrzach: inteligentne systemy sterowania światłem, ukryte instalacje, nietypowe mocowania czy przemysłowe wykończenia o artystycznym charakterze.
Czy zauważyłaś rosnące zainteresowanie tego typu projektami? Czy temat zmysłowości w przestrzeni przestaje być tabu?
Tak, zdecydowanie. W ciągu ostatnich trzech lat zauważyłam ogromny wzrost świadomości i otwartości na temat sensualności. Zmysłowość w przestrzeni przestaje być tabu – zaczyna być postrzegana jako naturalny element stylu życia, troski o relacje i komfort emocjonalny.
Rośnie też zainteresowanie nastrojowymi, intymnymi, wręcz teatralnymi wnętrzami – zarówno wśród klientów prywatnych, jak i komercyjnych. Cieszy mnie to bardzo. Widzę, że przestajemy się wstydzić mówić o cielesności, przyjemnościach i potrzebach. To zdrowy kierunek – i czuję dużą odpowiedzialność, by wspierać tę zmianę z klasą, wrażliwością i estetyką.
Prowadzisz osobne konto na Instagramie dedykowane tym wnętrzom – czy to była decyzja strategiczna, by rozdzielić te światy? A może to naturalne przedłużenie Twojej estetyki?
To była świadoma decyzja – zarówno estetyczna, jak i strategiczna. Zmysłowe wnętrza, zwłaszcza te z pogranicza erotyki i BDSM, operują innym językiem, napięciem i energią niż klasyczne projekty mieszkaniowe czy komercyjne.
Tutaj sztuka wyrażana jest w sposób bardzo odważny – dla niektórych może być wręcz kontrowersyjna. Dlatego poczułam, że te dwa światy zasługują na własną przestrzeń. Nie dlatego, że się wykluczają – przeciwnie – ale dlatego, że mówią do różnych odbiorców, w innym rytmie, z inną emocjonalnością. Osobne konto pozwala mi komunikować się bardziej intymnie i sugestywnie – bez konieczności tłumaczenia się z estetyki, która nie dla każdego jest oczywista.
Jak wygląda zaplecze techniczne takich realizacji – czy współpracujesz z wyspecjalizowanymi wykonawcami? Jak wygląda koszt takiej inwestycji?
Zaplecze techniczne takich realizacji jest niezwykle istotne, ponieważ bez niego nawet najbardziej zmysłowa wizja może najzwyczajniej „niezadziałać”. Mówimy tu o przestrzeniach, które muszą być nie tylko piękne i sugestywne, ale też w pełni funkcjonalne, bezpieczne i trwałe. Współpracujemy z zaufanymi wykonawcami, którzy mają wysokie kompetencje techniczne. To bardzo ważne, ponieważ wiele rozwiązań w takich projektach wymaga niestandardowego podejścia – np. ukrytych systemów montażowych czy wzmacnianych konstrukcji.
Jeśli chodzi o koszty, to jest to kwestia bardzo indywidualna. Cena zależy od metrażu, poziomu zaawansowania technologicznego, użytych materiałów, ale też od tego, czy projekt dotyczy całego apartamentu, czy tylko strefy prywatnej. Zwykle mówimy o budżetach zaczynających się od kilkudziesięciu tysięcy złotych wzwyż, a w projektach luksusowych – od kilkuset tysięcy złotych. Warto podkreślić, że klienci, którzy decydują się na taką inwestycję, bardzo często traktują ją nie tylko jako wydatek, ale jako świadome zaprojektowanie jakości życia – swojego lub swoich gości.
Masz bardzo silnie zbudowaną markę osobistą, rozpoznawalną estetykę i odważny styl komunikacji. Jak długo trwało budowanie tej tożsamości?
Dziękuję! Naprawdę mi miło – cudownie, że to widać i że tak mnie odbierasz. Odpowiadając na Twoje pytanie: to była – a właściwie wciąż jest – droga. Budowanie tożsamości marki osobistej nie kończy się nigdy. To proces, który dojrzewa razem ze mną – jako projektantką, kobietą, człowiekiem.
Na początku skupiałam się głównie na estetyce. Chciałam, aby każdy kolejny projekt był coraz bardziej dopracowany, niemal perfekcyjny. Ale z czasem zrozumiałam, że prawdziwa siła nie tkwi tylko w obrazkach. Ona rodzi się ze spójności – między tym, co robię, jak o tym opowiadam, i jaką energię niosę ze sobą.
Odważny styl komunikacji pojawił się wtedy, gdy przestałam się bać, że „kogoś mogę zszokować”. Zrozumiałam, że jeśli chcę przyciągać ludzi, z którymi naprawdę rezonuję, muszę mówić swoim językiem – bez masek, bez filtrów, ale zawsze z klasą.
Czy to trwało długo? Tak. Ale nie żałuję żadnego etapu tej drogi. Dziś wiem, że marka osobista to nie maska – to najbliższa prawda własnej wersji siebie.
Co Twoim zdaniem sprawia, że ludzie Ci ufają – nie tylko jako architektce, ale jako kobiecie, która z klasą i autentycznością mówi o zmysłowości w designie?
Boże, jakie to piękne pytanie… Aż ciarki przeszły mi po ciele!
Myślę, że to kwestia autentyczności. Ludzie to czują. Nie wchodzę w żadną rolę, nie próbuję niczego sprzedać, nie narzucam – doradzam. Nie kopiuję, nie powielam projektów. Zależy mi, by każdy był inny, wyjątkowy. To, co pokazuję – w projektach, w słowach, w obecności – naprawdę jest moje.
Zmysłowość to temat delikatny i głęboko ludzki. Nie da się o niej mówić wiarygodnie bez wewnętrznego szacunku i zrozumienia. Ja nie traktuję jej jak trendu czy prowokacji. Dla mnie to ważny element życia, relacji z przestrzenią. Mówię o tym bez wstydu, ale z wyczuciem – i myślę, że właśnie to ludzie odbierają.
Duże znaczenie ma też połączenie siły i łagodności. Mam odwagę być sobą, ale zawsze zostawiam przestrzeń dla drugiego człowieka – bez oceniania, bez presji. W świecie, który działa szybko i powierzchownie, taka prawdziwa obecność potrafi być zaskakująco cenna.
Jaką radę dałabyś początkującym projektantom, którzy chcą pracować w wymagających, ale bardzo osobistych niszach, jak ta, którą Ty rozwijasz?
Przede wszystkim – nie szukajcie zgody świata. Szukajcie zgody ze sobą. Jeśli jakaś nisza wydaje się trudna, kontrowersyjna, to nie znaczy, że nie ma w niej miejsca na piękno i profesjonalizm, który możecie jej nadać.
Nie bójcie się być inni. To jest Wasz największy atut!
Jesteś ambasadorką Luxxx.eu (marka BDSM) – co oznacza dla Ciebie ta współpraca i jak wpisuje się w Twoje zawodowe cele?
Ta współpraca to dla mnie bardzo ważny krok. LUXXX to marka, która – podobnie jak ja – nie boi się tematów zmysłowości, odważnego designu i indywidualnego podejścia do potrzeb Inwestora.
To, co mnie zachwyca, to jakość. Dziś to dla mnie jedyny polski producent mebli BDSM, który oferuje tak solidne i dopracowane konstrukcyjnie produkty. Każdy element – od spawów po wykończenia – jest przemyślany i wykonany z ogromną dbałością o detale. W projektach, które tworzę, niezawodność mebli jest kluczowa. Użytkownicy muszą czuć się bezpiecznie i komfortowo. Produkty Luxxx.eu dają mi to poczucie pewności – zarówno jeśli chodzi o trwałość, jak i wizualną spójność z wnętrzem.
Szczególnie cenię tę współpracę za jej elastyczność. Zespół Luxxx.eu nie tylko słucha moich sugestii i uwag moich Inwestorów – oni wdrażają realne zmiany konstrukcyjne, które wynikają z praktyki projektowej. To nie tylko relacja między projektantem a producentem. To dialog między funkcją a formą. Dzięki temu możemy razem tworzyć meble jeszcze lepiej dopasowane do specyfiki przestrzeni BDSM.
Współpraca z ekipą z Częstochowy to coś więcej niż biznes. To wzajemny szacunek dla pasji, rzemiosła i profesjonalizmu. Wierzę, że wspólnie redefiniujemy pojęcie luksusu w kontekście BDSM.
Czy są jakieś projekty, o których jeszcze nie możesz mówić, ale które szczególnie Cię ekscytują?
Tak, są dwa niezwykle ciekawe wyzwania, nad którymi właśnie pracuję. Nie mogę jeszcze zdradzić szczegółów, ale już wkrótce ujrzą światło dzienne!
Co chciałabyś, aby ludzie czuli, kiedy wchodzą do przestrzeni zaprojektowanej przez Ciebie?
Bardzo mi zależy na tym, aby osoby, które wchodzą do przestrzeni mojego projektu, choć na chwilę zatrzymały się w sobie. Żeby poczuły, że ta przestrzeń dotyka ich głębiej – nie tylko zachwyca wizualnie i spełnia funkcjonalne potrzeby, ale może też o czymś przypomina… o czymś, co w codziennym biegu łatwo zagłuszyć.
Gdybyś miała opisać swój projekt-marzenie – nieograniczony budżetem ani lokalizacją – jak wyglądałoby to wnętrze?
Od lat marzę o zaprojektowaniu wnętrza Zamku. To byłaby przestrzeń nie tylko estetyczna i funkcjonalna, ale przede wszystkim emocjonalna. Zamek zlokalizowany na klifie z widokiem na ocean albo ukryty wśród dzikiej zieleni – z dala od hałasu i pośpiechu.
Wnętrze byłoby sensualne w najgłębszym tego słowa znaczeniu. Zmysły prowadzone jak w spektaklu – poprzez najwyższej jakości naturalne materiały, miękkie światło, które rozpraszałoby się na kryształowych detalach. Przestrzeń pełna oddechu, ciszy, dotyku. Miejsce do doświadczania, nie tylko oglądania.
Kasiu, dziękuję Ci za niezwykle inspirujący wywiad. I z całego serca życzę Ci powodzenia w realizacji nowych projektów – tych, o których już wiemy, i tych, które dopiero czekają na swój czas. Niech Twoja praca nadal redefiniuje granice designu i pokazuje, że wnętrza mogą być nie tylko piękne, ale też głęboko znaczące.
Rozmawiała Joanna Kielar.
Zobacz projekty Katarzyny Olszewskiej:
Marina Red Velvet – apartament, który redefiniuje pojęcie luksusu krótkiego pobytu