Zanim zaczęła projektować wnętrza, pracowała w świecie mody i marketingu. Dziś tworzy przestrzenie pełne światła, emocji i spokoju, w których wyraźnie czuć szacunek do sztuki i detalu. Jolanta Dymowicz, założycielka pracowni Dymowicz Design, łączy odwagę z intuicją, a zawodową dyscyplinę z artystyczną wrażliwością. O pasji do betonu, pisaniu powieści i o tym, dlaczego trendy ją nie interesują, opowiedziała Joannie Kielar.
Zanim pojawiła się architektura wnętrz, była moda, marketing, kreatywne zespoły. Kiedy nastąpił ten moment „klik” – że to właśnie wnętrza są Twoim miejscem?
Chyba nigdy nie było żadnego kliknięcia (śmiech). Wnętrza po prostu zawsze były obok mnie, jak cień, który towarzyszył modzie i wszystkim innym zajęciom. To była raczej ewolucja niż nagły zwrot.
Pamiętasz pierwsze zlecenia? Co wtedy czułaś – ekscytację czy stres?
Wyłącznie ekscytację! Nie było mowy o stresie, nawet przy pierwszym dużym projekcie. Chyba urodziłam się z syndromem kamikadze – zawsze idę na maksa w to, w co wierzę.
Co Cię dziś najbardziej relaksuje w pracy projektowej, a co najbardziej „odpala” kreatywnie?
Relaks? W projektowaniu? (śmiech) Nie ma mowy. To proces, w którym – jak mówią – piękno i rodzi się, i wymaga bólu. Ale serio: projekty to czysta chemia. Albo jest połączenie, albo nie. Kiedy jest, wszystko staje się przyjemne – nawet te mniej fascynujące elementy. Dla mnie zawsze najciekawszy moment to wizjonerstwo, czyli ta pierwsza iskra.
Beton to Twój ukochany materiał. Za co go tak lubisz?
Za jego uniwersalność. Można z niego wznieść budynek, zrobić przedmiot użytkowy, umywalkę albo obraz. W każdej formie może stać się dziełem sztuki – zależy tylko od tego, kto go używa. Beton jest surowy, ale ma duszę. Szlachetnie się starzeje, a każde pęknięcie to historia czasu. I wiesz co? Nigdy nikogo nie przekonuję do niego na siłę. Po prostu pokazuję, jak potrafi działać – a reszta dzieje się sama.
Światło, kolor, forma – gdybyś miała tylko jeden „suwak”, którym budujesz nastrój wnętrza, to który wybierasz?
Światło. To pierwotny instynkt, coś atawistycznego. Nie bez powodu ludzie od wieków bali się zaćmień słońca. Światło potrafi całkowicie odmienić przestrzeń – uczynić ją przyjazną albo przeciwnie, zimną i niepokojącą. Ma też ogromny wpływ na kolor i formę. To ono prowadzi narrację wnętrza.
Pracowałaś w korporacjach i w modzie. Co z tamtego świata przydało Ci się najbardziej w prowadzeniu pracowni?
Zdecydowanie praca z ludźmi. Miałam swoje zespoły, współpracowałam globalnie, więc różnorodność kulturowa była codziennością. Korporacja, w której spędziłam najwięcej czasu, bardzo stawiała na leadership – i to było świetne doświadczenie. Oceny wystawiali mi ludzie, anonimowo, a raporty robiły zewnętrzne firmy jak Gallup. To uczy pokory. Dziś wiem, że soft skills są kluczowe w każdej branży – szczególnie tam, gdzie trzeba rozumieć klienta.
W Twoich projektach często pojawia się sztuka. Jak ją „wpuszczasz” do wnętrz?
Delikatnie. Sztuka jest bardzo osobista, jak ubranie – nie każdemu pasuje to samo. Proponuję ją tylko wtedy, gdy czuję, że to właściwy kierunek. Klienci, którzy kolekcjonują, zwykle wiedzą, czego chcą, więc moim zadaniem jest znaleźć dla ich zbiorów przestrzeń i oddech. A jeśli ktoś nie chce obrazów – zawsze można sięgnąć po sztukę użytkową: fotel, lampę, stolik, które same w sobie są dziełem. Czasem to właśnie mebel opowiada najwięcej o wnętrzu.
Najtrudniejsze rozmowy z inwestorami to te o…?
O wszystkim (śmiech). Budżet, czas, zmiany – to tematy, które zawsze dotykają emocji. Projekt to czasem długi związek. Trzeba rozmawiać o rzeczach osobistych, żeby dobrze zrozumieć potrzeby. Tu pomaga psychologia. I dystans. Najlepiej być trochę jak Yoda – spokojnym, ale czujnym.
Wolisz pracować przy kameralnych mieszkaniach czy dużych przestrzeniach publicznych?
Skala nie ma znaczenia. Albo coś czuję, albo nie. Każdy projekt ma swoją energię, niezależnie od metrażu.
A jak podchodzisz do tematu trwałości i odpowiedzialności materiałowej?
Uwielbiam materiały, które starzeją się pięknie – jak dobre wino. Nie zawsze jest budżet na wszystko, ale solidna baza to fundament, który przetrwa lata. Nie cierpię słowa „trend”. Wiem, jak one działają – to narzędzie sprzedaży, nie estetyki. Dlatego zawsze powtarzam: mniej znaczy więcej. Dobra baza powinna być ponadczasowa.
Gdybyś miała wskazać projekt, który był dla Ciebie przełomowy – niekoniecznie zawodowo, ale emocjonalnie – to który?
Każdy projekt czegoś uczy, ale sentyment mam do pracy nad art sklepem Kopalnia. To było doświadczenie, które dało mi mnóstwo radości i refleksji.
Opowiesz o nim więcej?
Chętnie. Kreowałam w tamtym czasie markę jeansową i naturalnym krokiem było projektowanie przestrzeni sklepowej – jako całościowa kuratela nad brandem. Sklep powstał w budynku fabrycznym na terenie dawnej Przędzalni Czesankowej Wełnopol S.A. – zakładu przemysłowego w Częstochowie, istniejącego w latach 1886–2005. Firma, dla której pracowałam, nabyła ten kultowy teren.
Jestem niezwykle wdzięczna mojemu szefowi, że dał mi wolną rękę w projektowaniu tej przestrzeni, chociaż nie miałam wtedy wielkiego doświadczenia, ale dostrzegł we mnie potencjał – i to było uskrzydlające.
Okazało się, że pod terenami Wełnopolu są niekończące się tunele, gdzie, podobno, ludzie ukrywali się podczas okupacji. Znalazłam tam stare podkłady kolejowe, wagoniki, betonowe łuki, masywne betonowe drzwi; to wszystko zostało przetransportowane na powierzchnię. Wydobycie tych cennych znalezisk było niezwykle czasochłonne. Wszystkie stały się częścią wystroju sklepu. Praca nad sklepem to była dosłownie ręczna robota. Wiele elementów było spawanych, np. antresola dla DJ-a – w sklepie odbywały się pokazy mody i eventy. Sklep był industrialny, ale lokalizacja, z racji swej historii, naturalnie narzuciła styl.
Niezwykła historia! Brzmi jak opowieść o odzyskiwaniu pamięci miejsca i zamienianiu jej w scenografię życia codziennego. Skoro tak sprawnie poruszasz się między projektowaniem a narracją, przejdźmy do pisania. Napisałaś powieść Suka Doskonała. Co było w tym procesie najtrudniejsze, a co najpiękniejsze?
Najtrudniejsza była… niecierpliwość. Pisanie to zupełnie inny rodzaj twórczości niż projektowanie – nie ma natychmiastowego efektu, nie widać rezultatu od razu. Ale jednocześnie to wciągające jak nic innego. Kiedy wchodzisz w tryb pisania, trudno się zatrzymać.
Czy widzisz wspólny język między literaturą a projektowaniem wnętrz?
Oczywiście. Niedawno skończyłam drugą powieść i piszę kolejną. Dla mnie to dwie formy tego samego procesu – opowiadania historii. Wnętrza i słowa to różne języki, ale emocje, które niosą, są takie same. Kiedyś wierzyłam, że trzeba robić jedno, by robić to dobrze. Dziś wiem, że można mieć kilka pasji i w każdej być prawdziwym.
Gdybyś miała zaprojektować wnętrze dla bohaterki swojej książki – jak by wyglądało?
W moich książkach zawsze jest architektura. To nierozerwalne z historiami, jakie opowiadam. Dla mnie najważniejsze są emocje – to o nich piszę. Aby je wyrazić projektuje odpowiednią scenerię, w której będą mogły ujrzeć światło, nie zawsze dzienne.
A gdybyś miała dać radę sobie sprzed lat, kiedy projektowałaś swoje pierwsze biuro?
Chyba nie mam wielkich mądrości. Od zawsze ufałam swojej intuicji. I cieszę się, że mnie nie zawiodła. Mogę potwierdzić, że niedoskonałości są intrygujące, asymetria buduje napięcie, prostota jest elegancka a trendy są passe.
Jolu, dziękuję Ci za rozmowę – za szczerość, energię i za to, że potrafisz o projektowaniu mówić jak o sztuce, ale bez patosu.
Więcej:
„Azyl nad Bałtykiem” – wnętrze pełne wytchnienia – Dom i Wnętrze
Brutalizm, który koi. Tak mieszka architektka Jolanta Dymowicz – Dom i Wnętrze