Magdalena Lenartowicz to artystka, która swoją twórczością balansuje pomiędzy malarstwem a rzeźbą, łącząc organiczne formy z bogactwem faktur i odważnymi eksperymentami materiałowymi. Z wykształcenia kulturoznawczyni, dziś tworzy dzieła, które stają się zaproszeniem do bliskości – z naturą, sobą samym i tym, co ulotne. Jej prace przywodzą na myśl rytmy przyrody: fale, piasek, światło o zmierzchu… W rozmowie udzielonej Joannie Kielar opowiada o początkach swojej drogi artystycznej, o roli koloru i dotyku w sztuce, a także o marzeniach, które wciąż czekają na spełnienie.

Magdo, z wykształcenia jesteś kulturoznawczynią, a dziś w pełni realizujesz się jako artystka. Czy pamiętasz moment, w którym sztuka zaczęła Cię przyciągać na tyle mocno, że postanowiłaś poświęcić się jej zawodowo?

Sztuka była ze mną od zawsze – jak cichy oddech tła, który słyszy się dopiero wtedy, gdy się zatrzymasz. Z wykształcenia jestem kulturoznawczynią Europy środkowo-wschodniej, więc przez lata analizowałam twórczość innych, czytałam o historiach dzieł, o kontekstach kulturowych. Ale w pewnym momencie zrozumiałam, że sama teoria przestała mi wystarczać. Był taki dzień, w którym usiadłam przed płótnem i poczułam, że to jest mój język, że tylko tak mogę naprawdę opowiedzieć o tym, co we mnie – o wrażliwości, zachwytach, o tym, jak widzę świat. To nie był jeden spektakularny moment olśnienia, ale raczej narastająca fala, której w końcu przestałam się opierać. To była taka fala, która do dziś się ze mnie wylewa z całą siłą.

Jakie to wzruszające… Czy pamiętasz pierwsze dzieło, które stworzyłaś nie z potrzeby szkoły czy zajęć, ale z potrzeby serca – takie, które wciąż nosisz w sobie??

Pierwsze dzieło z potrzeby serca… tak, pamiętam je dokładnie. Nie było żadnego zadania, nikt niczego ode mnie nie oczekiwał. Byłam sama, z muzyką, w ciepłym świetle popołudnia. Malowałam morze – to z mojego dzieciństwa, w którym fale były jak oddechy. Tamten obraz nie miał ram ani planu, ale miał w sobie całą moją tęsknotę i wolność. Do dziś mam go w swojej pracowni jako przypomnienie, dlaczego tworzę.

Czy był ktoś – nauczyciel, bliska osoba, inna artystka – kto dał Ci „zielone światło”, kiedy jeszcze go potrzebowałaś?

Na początku każdy artysta potrzebuje kogoś, kto powie „idź, to jest Twoja droga”. U mnie tą osobą był mój mąż, która zobaczył moje prace i powiedział: „Magda, to jest twoje życie. Nie odkładaj go na później”. To zdanie było jak światło zapalone w ciemnym pokoju – nagle zobaczyłam kierunek. To nadal jest droga górami i dolinami między niepewnością a światłem.

Twoje prace, zarówno malarskie, jak i rzeźbiarskie, mają w sobie oddech natury. Pięknie potrafisz uchwycić fale, piasek, światło… Skąd czerpiesz inspiracje do tych organicznych kształtów?

Inspiracje? Natura, zawsze natura. Ale nie tylko w oczywisty sposób – fale, piasek, muszle. Także w tym, jak światło przesuwa się po ścianie, jak wiatr porusza trawą, jak cienie rysują kształty o zmierzchu. Jest w niej nieskończona paleta faktur i rytmów. W naturze nic nie jest idealnie równe, a to jest właśnie piękne.

Przeczytaj też:  Flying Tiger Copenhagen przyspiesza globalny plan rozwoju

W Twoich obrazach płaska forma przenika się z reliefem, a od pewnego czasu coraz wyraźniej widać u Ciebie fascynację rzeźbą. Co tak naprawdę pociąga Cię w formach przestrzennych?

Fascynacja formą przestrzenną przyszła z czasem. Zrozumiałam, że obraz może wyjść poza płaszczyznę, że można go poczuć dłonią, nie tylko wzrokiem. Reliefy i rzeźby są jak zaproszenie do wejścia w świat pracy – żeby ją obejść, zatrzymać się przy niej, poczuć jej powierzchnię. To inny rodzaj rozmowy z odbiorcą.

Zaskakujesz materiałami: pleksi, złoto płatkowe, pigmenty, a nawet wypalone ziarna kawy. To niezwykłe! Co wpływa na te wybory?

Materiały wybieram tak, jak wybiera się przyprawy do potrawy – instynktownie. Każdy z nich wnosi coś swojego: pleksi – lekkość i przejrzystość, złoto – blask, pigmenty – głębię, kawa – ciepło i wspomnienie codziennych rytuałów. Czasem decyduję się na dany materiał tylko dlatego, że jego dotyk mnie zachwycił.

Eksperymentujesz też z recyklingiem. Czy traktujesz to bardziej jako gest artystyczny, ekologiczny, a może jedno i drugie?

Recykling w mojej twórczości jest czymś naturalnym. Nie chcę produkować więcej niż trzeba, a jednocześnie uwielbiam dawać przedmiotom drugie życie. To gest ekologiczny, ale też symboliczny – pokazuje, że wszystko można przekształcić, jeśli spojrzy się na to inaczej.

Kolor gra w Twojej sztuce pierwsze skrzypce. Jak tworzysz swoją paletę? Czy są barwy, do których nieustannie wracasz?

Kolory są moją muzyką. Dobieram je tak, jak komponuje się melodię – czasem jest to delikatny szept bieli i beżu, czasem mocny akord błękitu i zieleni. Wracam często do barw ziemi i wody – bo one są we mnie na stałe.

Twoje prace można nie tylko oglądać, ale i dotykać – to tak rzadkie w świecie sztuki! Skąd pomysł, by zaprosić odbiorców także do takiego, zmysłowego kontaktu z Twoimi dziełami?

Dotyk w sztuce jest dla mnie równie ważny, jak obraz. Chciałam, żeby moje prace można było doświadczać w pełni – żeby odbiorca mógł poczuć pod palcami ich fakturę, wypukłości, chropowatość. Wtedy kontakt ze sztuką jest intymniejszy.

Jak ważna jest dla Ciebie przestrzeń, w której eksponowane są Twoje obiekty? Czy projektujesz je z myślą o konkretnym kontekście?

Przestrzeń, w której praca ma być eksponowana, jest dla mnie elementem dzieła. Czasem tworzę z myślą o konkretnym wnętrzu, a czasem dopiero gotowy obiekt „szuka” swojego miejsca. Ale zawsze wyobrażam sobie, jak będzie oddychał w otoczeniu.

Twoja sztuka często koi i uspokaja. Czy było to Twoim zamiarem od początku – by działała jak terapia dla duszy?

Wierzę w terapeutyczną moc sztuki. Sama czuję, jak patrzenie na niektóre dzieła potrafi wyciszyć i ukoić. Jeśli ktoś po spotkaniu z moim obrazem poczuje spokój, lekkość, może nawet radość – to wiem, że moja praca miała sens.

Jak piękne muszą być te chwile, kiedy ludzie dzielą się z Tobą emocjami po obejrzeniu Twoich prac… Czy zdarza się, że ich słowa zaskakują Cię lub poruszają w szczególny sposób?

Ludzie często dzielą się ze mną swoimi wrażeniami – i to jest piękne. Jeden obraz przywołał komuś smak soli na ustach, inny zapach lasu po deszczu. W takich momentach widzę, że moje prace stają się częścią ich wspomnień.

Przeczytaj też:  „Między światłem a ziemią” – nowa kolekcja Magdaleny Lenartowicz

Tworzysz też tapety – to bardziej użytkowy, ale nadal bardzo artystyczny format. Jak wygląda Twój proces przy takiej formie?

Tapety są dla mnie ciekawym eksperymentem – pozwalają wprowadzić sztukę w codzienną przestrzeń w inny sposób. To nie jest tylko dekoracja – to otulenie wnętrza atmosferą, którą tworzę pędzlem.

Twoje formy tak harmonijnie wpisują się w estetykę współczesnych wnętrz. Czy to naturalny efekt Twojej drogi twórczej, czy świadomy kierunek?

Mój kierunek jest świadomy – chcę, by moje prace były bliskie naturze, lekkie i wnoszące światło do wnętrz. Żeby ludzie mogli żyć w otoczeniu sztuki, nie tylko ją podziwiać w muzeach.

A kiedy Ty chcesz odpocząć i znaleźć ciszę – gdzie uciekasz? Jak wygląda Twoje miejsce spokoju?

Moje miejsce ciszy zawsze jest blisko wody. Może to być morze, jezioro, a czasem mała rzeka. Woda jest dla mnie lustrem, w którym odbija się spokój.

Czy masz swoje rytuały twórcze, bez których nie siadasz do pracy? Ulubiony zapach, muzyka, może pora dnia?

Mam rytuały – zapalam świecę, wybieram zapach olejku, włączam muzykę, która mnie przenosi. Ten moment przejścia z codzienności do twórczości jest dla mnie święty.

Jakie jest Twoje największe artystyczne marzenie, które wciąż czeka na spełnienie?

Moim marzeniem jest monumentalna instalacja w przestrzeni publicznej – taka, która będzie miejscem spotkań, rozmów, zatrzymania się. Chciałabym stworzyć coś, co wejdzie w tkankę miasta, a jednocześnie będzie jego oddechem.

Co chciałabyś, żeby widz zapamiętał po spotkaniu z Twoją sztuką?

Chcę, żeby po spotkaniu z moją sztuką ktoś zapamiętał emocję. To może być spokój, wzruszenie, zachwyt – nieważne które, byleby były prawdziwe.

Na koniec – gdybyś miała opisać swoją twórczość jednym zdaniem, jak by ono brzmiało?

Moja twórczość to zaproszenie do bliskości – z naturą, z samym sobą, z tym, co ulotne, ale pozostawia ślad.

Magdo, dziękuję Ci za podzielenie się swoją historią, pasją i spojrzeniem na sztukę. Życzę Ci, aby każdy kolejny projekt dawał Ci tyle samo radości i spełnienia, co te już stworzone – i by Twoje prace wciąż inspirowały do zatrzymania się na moment w codziennym pędzie.

O artystce:

Magdalena Lenartowicz (ur. 1989) jest absolwentką Zespołu Szkół Plastycznych im. Józefa Brandta w Radomiu oraz Uniwersytetu Warszawskiego. Choć z wykształcenia jest kulturoznawczynią Europy Środkowo-Wschodniej, całkowicie poświęciła się pracy twórczej. Ma na koncie liczne wystawy indywidualne, m.in. „Claritas” w Centrum Giełdowym GPW w Warszawie, „Ulotność” w Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie, a także prezentację w Big Screen Plaza w Nowym Jorku. Jej twórczość była również częścią wystaw zbiorowych w Monako i Paryżu.